Gdy zaczynam malowac caly swiat przestaje istniec

Gdy zaczynam malować, cały świat przestaje istnieć

Aktualności
06 gru 2019

O procesie produkcji świątecznych ozdób oraz łączeniu szklanej pasji w życiu prywatnym i zawodowym rozmawiamy z Agnieszką Wudz - operatorem laminowania i linii końcowej w Pilkington Automotive Poland Sandomierz.

Produkcja ozdób choinkowych na początku przypomina proces produkcji w hucie szkła. Masę szklaną, tak jak w piecu hutniczym, podgrzewa się do wysokiej temperatury, aby uzyskać plastyczną i miękką strukturę. Umieszcza się ją następnie w specjalnie przygotowanej metalowej foremce. Wdmuchując powietrze przez malutki otworek, dmuchacz sprawia, że szkło rozciąga się i formuje docelowy kształt. Następnie dekoruje się bombkę poprzez nanoszenie wzorów ręcznie. Do tak czasochłonnej pracy, trzeba mieć talent i cierpliwość. Niektóre wzory wymagają nawet kilku dni zdobienia.

Od jak dawna zajmuje się Pani zdobieniem bombek choinkowych?

Od dziecka uwielbiałam rysować i malować. Zawsze mnie to pasjonowało. Po skończeniu szkoły, udało mi się zdobyć pracę w fabryce bombek choinkowych. Już wtedy chciałam się zajmować ozdobami ze szkła. Pracowałam przez 11 lat jako dekoratorka. Na samym początku przechodziłam szkolenie z zakresu dmuchania. Proces ten polega na nagrzewaniu nad palnikiem szklanej długiej rurki i wdmuchiwaniu w niej powietrza. Pod wpływem ciepła, szkło się rozlewa i formuje się bombka. Trzeba wyczuć odpowiedni moment, aby uzyskać odpowiedni kształt.

No właśnie, z pewnością nie jest to łatwy proces. Jak wyglądały zatem początki Pani działalności w tej branży?

Na początku w ogóle mi to nie wychodziło. Szkło się przelewało i powstawały różne śmieszne kształty. Miałam problem z uzyskaniem kulistej formy. Z czasem nabrałam wprawy i doświadczenia. Podczas pracy w dekoratorni, po raz pierwszy miałam styczność z lakierami i farbami. To wszystko było dla mnie nowe. Powoli zapoznawałam się z tym całym „czary-mary”, które się tam dokonywało.

Obecnie, technologia produkcji poszła do przodu. Co zmieniło się na przestrzeni lat?

Jak zaczynałam pracę w tej branży, wiele elementów przygotowywało się metodami chałupniczymi. Mieszano na przykład mąkę ryżową, amoniak i lakier. Powstawała wówczas masa, zbliżona wyglądem do budyniu, którą nakładało się następnie na ozdobę pędzelkiem. W tej chwili na rynku jest dostępna bardzo szeroka gama produktów. Można wybierać spośród tysięcy wzorów i kolorów, co tylko klient sobie zamarzy. Także technologia poszła do przodu. Można więcej eksperymentować.

Jak to się stało, że z fabryki ozdób choinkowych trafiła Pani do huty szkła?

Firma, w której pracowałam zawiesiła działalność. Przez jakiś czas, współpracowałam jeszcze z kilkoma firmami prywatnymi, zajmującymi się produkcją bombek, ale w końcu musiałam szukać sobie nowego zajęcia. Praca w sandomierskiej hucie była marzeniem wielu osób. Mi także udało się tam dostać zatrudnienie. Pracuję na stanowisku operatora laminowania w wydziale, zajmującym się produkcją przednich, ogrzewanych szyb samochodowych. Jest to praca wymagająca dużej cierpliwości, dlatego na tego typu stanowiskach pracują przeważnie kobiety. Przyznam szczerze, że zaczynając pracę, prawie w ogóle nie interesowałam się rynkiem motoryzacji. Z czasem jednak, zaczęłam zastanawiać się, do jakich marek samochodów dedykowane są składane w naszym wydziale szyby. Teraz nawet łapię się na tym, że przechodząc ulicą, przyglądam się szybom w autach i zastanawiam się, czy któraś z nich nie była składana przypadkiem przeze mnie.

Co daje Pani pasja tworzenia tego typu ozdób?

Malowanie baniek uczy pokory. Zdarza się, że pracuję nad jedną sztuką parę godzin, a podczas końcowego etapu, jakim jest odcinka, coś idzie nie tak i cała moja żmudna praca zamienia się w kupkę rozbitego szkła. Nie zniechęca mnie to. Bardzo lubię pracować ze szkłem. Wyciszam, zatracam się. Gdy zaczynam malować, cały świat przestaje istnieć.

 

Zobacz reportaż z cyklu Natchnieni szkłem - historia Agnieszki Wudz